Drzwi otwarte już 27 kwietnia. ZAPRASZAMY!!!

Wymiana z Francją (2011)

Wymiana z Lycée Pilote Innovant w Poitiers we Francji (15-22.03.2011r.)

Z jakąś niewielką częścią francuskiego sposobu bycia miałyśmy okazję się zapoznać jeszcze przed wyjazdem. Jeżeli nasze „penfriends” zechciały odpowiedzieć na maila choć jednym zdaniem to był wielki sukces (no, może z wyjątkiem korespondentki Balbiny, która była bardzo kontaktowa i obie zdążyły opowiedzieć sobie całe życie jeszcze przed spotkaniem J). Tak więc, nie bardzo wiedziałam u kogo zamieszkam. Ale czy to ważne? Miałam tylko nadzieję, że się jakoś porozumiemy. Ja po francusku? Oprócz paru podstawowych wyrażeń - nic. Ona po angielsku? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że Francuzi do nauki języka angielskiego nie podchodzą ze zbytnią fascynacją. Zobaczymy. Jesteśmy zaopatrzone w słowniki, a pozytywne nastawienie to podstawa.

No to wylatujemy. Już wkrótce powita nas Paryż Beauvais - miłe lotnisko na odludziu. To jest miejsce, do którego przylatują samoloty z niedużych miast, takich jak Wrocław. Aczkolwiek: pas de problème, dzięki temu nasza przygoda będzie ciekawsza. J zanim odjechałyśmy autobusem w kierunku Paryża Porte Maillot była chwila poszukiwania walizki Ani, która całe szczęście szybko się odnalazła. Temperatura była niższa niż zapowiadali i ktoś inteligentny zamiast wyłożyć drogę betonem usiał ją kamyczkami (teraz ciągnij sobie po tym walizkę), ale… było vraiment super!!! Jeszcze tego samego wieczoru, jadąc autobusem z daleka zobaczyłyśmy Wieżę Eiffla i piękne mieszkania w kamienicach, wystawione niemal na pokaz przez obszerne okna. Następnie jechałyśmy paryskim metrem, które było przesiąknięte różnymi kulturami. Byłyśmy zmęczone, ale jednocześnie zafascynowane. To był pierwszy, bardzo przyjemny posmak Francji, który nas trochę rozbudził. Gdy dotarłyśmy do hotelu ustaliłyśmy jeszcze wspólnie plany na dzień następny i poszłyśmy spać.

Rano wypiłyśmy kawę, a przy niej pani Listwan zdążyła nam opowiedzieć parę ciekawostek językowych. Później ruszyłyśmy na dworzec i wsiadłyśmy do pociągu. 295 kilometrów dzielące Paryż od Poitiers pokonałyśmy w 1,5 godziny. Jak na TGV niezbyt szybko, ale w porównaniu z polskimi kolejami dotarłyśmy z prędkością światła. Później pojechałyśmy busem do Lycée Pilote Innovant. Właśnie odbywał się karnawał, więc szkoła przepełniona była postaciami z  kreskówek i filmów. Następnie przyszedł czas na spotkanie naszych korespondentek. Wymiana pierwszych słów w języku angielskim nie była zbyt owocna, ale w końcu jakoś ustaliłam ze swoją, że za pół godziny jedziemy cheʒ elle. Z każdym następnym zdaniem było już coraz łatwiej, tak jak z każdym dniem coraz łatwiej było przyzwyczaić się do ich obyczajów. Zaliczało się do nich jedzenie petit déjeuner bez talerza, oraz nałogowe konsumowanie (ich dumy narodowej) - bagietki (najlepiej z kawałkiem sera), obowiązkowo po obiedzie, czasem po kolacji. Wiadomo też, że na przywitanie/pożegnanie całowaliśmy się z każdym w oba policzki, ale nie wpadłabym, że gdy do przywitania jest 10 osób to ich wszystkich też mam wycałować. 
Ale jakby nie patrzeć – to bardzo sympatyczne.

Czas z naszymi rodzinami spędzałyśmy właściwie tylko wieczorem, z wyjątkiem niedzieli. W ciągu dnia miałyśmy zajęcia w szkole (oczywiście po francusku), zrobiłyśmy też pokaz wokalno-taneczny, który miał za zadanie nas przedstawić wśród reprezentacji innych krajów ( tym razem było aż 9 delegacji: z Włoch, Hiszpanii, Rosji, Niemiec, Szwecji, Rumunii, Malty, Chin i Polski). Jeździłyśmy także na wycieczki. Pierwszą był wyjazd do parku rozrywki Futuroscope, który oferował niezliczoną ilość atrakcji. Od filmów 4D do tańca z robotami. Polegało to na tym, że wsiada się do maszyny, która obraca cię w każdą stronę i pod każdym kątem. Następnego dnia zobaczyłyśmy średniowieczne Poitiers: uroczy kościół Notre-Dame la Grande, dróżki wokół rynku, z których wyrastały urocze kamieniczki oraz fragmenty starego muru obronnego. Trafiłyśmy na panią przewodnik, która potrafiła prostym językiem français, cierpliwie i interesująco opowiedzieć o historii okolicy. W przeddzień powrotu do Polski ruszyliśmy razem z delegacjami z innych krajów do La Rochelle. W miasteczku dało się odczuć bardzo intensywną, morską i spokojną atmosferę. Towarzyszyło nam także słońce. Z wieży widokowej podziwiałyśmy uroki miasta, przeszłyśmy się nad oceanem, a później…nadszedł czas na zakupy.

I tak, bardzo szybko upłynął nam czas w środkowo zachodniej Francji. Przed wyjazdem każda dostała od swojej rodziny miłe upominki. Żal się było z nimi żegnać, bo mimo jednego tygodnia zdążyliśmy się już trochę lepiej poznać.

Z samego rana we wtorek wyjechałyśmy z pod Lycée Pilote Innovant. Jeszcze stojąc na peronie i jadąc pociągiem wspominałyśmy różne wydarzenia. Pod koniec jazdy  dosiedli się do nas mężczyźni z nażelowanymi włosami…wyglądali trochę na, że tak to ujmę południowców-rapowców.  Coś tam do nas pogadali, a my miałyśmy ubaw.

Cały ten dzień spędziłyśmy w cudownym Paryżu. Zrobiłyśmy spacer po najpiękniejszych okolicach. Od Luwru przeszłyśmy przez ogrody Tuilerie, posmakowałyśmy atmosfery w dzielnicy Montmartre, zrobiłyśmy piękne zdjęcia z widokiem na Wieżę Eiffla z Place du Trocadéro. To miasto urzekło nas nieodwracalnie. Później nadszedł czas powrotu i rozpoczął się szaleńczy bieg z walizkami przez kolejne stacje metra. Trafiłyśmy wreszcie do autobusu głodne i très fatiguées, ale humor wciąż nam dopisywał. W parę minut zjadłyśmy bagietkę i rogaliki z czekoladą. Krótko mówiąc, po francusku zapchałyśmy się chlebem, ale było pyszne.J Wróciłyśmy samolotem do Wrocławia i tak zakończyła się nasza przygoda. Myślę, że wszystkie wtedy powiedziałyśmy Francji:

À  bientôt!

Zosia Kalecińska IG

pas de problème – nie ma problemu; vraiment – naprawdę; chez elle – do niej; petit déjeuner – śniadanie;français – francuski; très fatiguées – bardzo zmęczone;  À  bientôt – do zobaczenia